Z reguły po wojnie są rozmowy i pokój. Ale nie na Bliskim Wschodzie, gdzie konflikty są przygaszane kolejnymi. Jak teraz. Trwa tam oczekiwanie na nowy wybuch w zadawnionej konfrontacji irańsko-izraelskiej.

Tym razem chodzi o bezpośrednie starcie. Iran doszedł do ściany upokorzeń, a Izrael dostrzegł szansę nadszarpnięcia potencjału i destabilizujących wpływów przeciwnika. Skutki wojny może odczuć cały świat. Niektórzy wprawdzie widzą w niej złudną szansę przecięcia bliskowschodniego węzła i ustanowienia nowego porządku. Ale nie zanosi się ani na przełom, ani na światło dla dyplomacji.

Tak jak nikt nie przewidywał skali irańskiej odpowiedzi na atak na konsulat w Damaszku i zabicie generałów, tak teraz nikt nie wierzy w brak odwetu za odwet. Teheran skrupulatnie zważył skutki uderzenia na Izrael. Zadbał o ograniczenie ofiar. Był to spektakl, raczej koncyliacyjny, choć groźny. Ale izraelska waga jest inaczej skalibrowana. A Netanyahu ma dość powodów – od własnego losu po Gazę – by skorzystać z okazji. Dysponując ponowionymi gwarancjami bezpieczeństwa USA, choć bez zgody na wciągnięcie do wojny.

Trudno ocenić zakres i skutki zapowiedzianej riposty. Dla rządzących w Teheranie najważniejsze jest zachowanie reżimu, konfrontowanego z dominującym militarnie przeciwnikiem. Ważyli to w kalkulacjach. Wraz z sojusznikami w Libanie, Jemenie, Iraku i Syrii dysponują znaczącym asymetrycznym potencjałem. I sympatią społeczeństw arabskich, solidarnych z Palestyńczykami, niezadowolonych z bierności swych rządów i skutków zachodniej polityki. Arabowie chcieliby osłabienia Iranu, ale nie kosztem jeszcze większej destabilizacji regionu. Czerwoną linią, także dla Waszyngtonu, jest wepchnięcie pokonanego Iranu w sojusz z Rosją i Chinami lub sięgnięcie po broń atomową. Koszmar z „wielkiej szachownicy”. Bronią Iranu jest też możliwość zakłócenia żeglugi w Cieśninie Ormuz, dostaw ropy i gazu z Zatoki, środki destabilizacji sojuszników USA, generowanie zagrożeń terrorystycznych i migracyjnych. 

Normalizacja saudyjsko-irańska przy pomocy Chin i rozejm z Huti postawiły Rijad i monarchie Zatoki obok konfliktu w Gazie i związanej z nim konfrontacji irańsko-izraelskiej. Wobec demonstracji siły Teheranu z 14 kwietnia muszą jednak przemyśleć kwestie bezpieczeństwa. A w zasadzie wrócić do koncepcji „sprzed Gazy”, powiązanej z uwarunkowaniami transformacji. Czyli – większej integracji w ramach GCC (Gulf Cooperation Council – Rady Współpracy Państw Zatoki Perskiej, przyp. red.)  odnowienia paktów bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi i szerszej koordynacji z UE, budowy regionalnego systemu bezpieczeństwa z udziałem Izraela. Procesu warunkowanego postępem w sprawach palestyńskich i ograniczeniem irańskich wpływów.

Zachód poszedł dalej w solidarności z Izraelem po wydarzeniach z 14 kwietnia, niż Izrael z nim po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Teraz powinien zadbać o deeskalację powstałego kryzysu, z korzeniami w Gazie. I użyć narzędzi eliminowania źródeł napięć i konfliktów istniejących w regionie, groźnych dla interesów UE i RP. Niezależnie od tego, co przyniesie najbliższy czas.

Krzysztof Płomiński*

* Krzysztof Andrzej Płomiński  polski dyplomata, urzędnik państwowy, politolog. Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Iraku (1990–1996) i pierwszy polski ambasador w Arabii Saudyjskiej (1999–2003). Dyrektor Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu w MSZ oraz urzędnik placówek dyplomatycznych w Libii i Jordanii. Ekspert w sprawach bliskowschodnich.

Fot. Saudi Tourism Authority

POPULARNE

Głodny informacji?
Już wkrótce wystartuje newsletter!